Siadam, wzdycham, nosem kręcę,
Coś tam też po cichu smęcę.
Co tu pisać? O czym prawić?
Czym tu ludzi dziś zabawić?

Temat? Gdzie tam, poszedł w las.
Wena? No cóż, bywa, poszła spać,
Dziś więc krótko zabawimy,
A co później? Zobaczymy!

Jeżeli myślicie, że dla kogoś, kto lubi pisać wymyślenie tematu, na który ma się produkować, jest łatwe niczym pstryknięcie palcami, to muszę was rozczarować. Od godziny siedzę i zastanawiam się, o czym napisać, żeby było ciekawie i żeby mi się dobrze pisało. No hej, moja wygoda też jest (trochę) ważna, inaczej dostalibyście potok pozbawionych sensu słów, a ja wolę tego uniknąć.

Rozglądam się więc po pokoju w celu znalezienia jakiegokolwiek natchnienia. No i mój wzrok ląduje na puszce, ale żeby nie było, to nie jest puszka po piwie! Nie jest nawet polską puszką. Mała, mieszcząca prawie trzysta mililitrów pysznego, schłodzonego napoju stoi sobie dumnie na półce i kusi. Za późno, kilka godzin temu jej zawartość wylądowała w moim żołądku.

Wiecie już, że uwielbiam język japoński (trochę mniej niż pisanie, ale nadal jest to miłość), więc nie zdziwi was fakt, że puszka zawierała napój azjatycki. I to nie tylko napój, cała puszka jest japońska, pełna tak zwanych “krzaczków”, których nawet ja nie jestem w stanie w całości rozszyfrować. W każdym razie puszeczka jest mała, fioletowa, przypominająca mi graffiti, które podziwiałam w drodze na basen w czasach dziecięcych. Tam to dopiero pojawiały się arcydzieła!

Japońskie produkty mają to do siebie, że ich opakowania aż rażą w oczy. Wiem, bo jakimś cudem udało mi się już kilka razy mieć (a nawet próbować) te produkty w łapkach. Napój (pomińmy cenę wymownym milczeniem) wybrałam o smaku winogronowym, ale to nie mogło być zwykłe „picie“! O nie, nie! Okazało się, że to coś w stylu na wpół roztopionej galaretki i przyznam; cholernie dobrej galaretki! Tak więc jeżeli kiedyś będziecie mieli okazję (szczególnie w lecie) zakupić taką finezyjną puszeczkę, bierzcie tę z lodówki. Gwarantuje natychmiastowe orzeźwienie i powiew azjatyckiego wiatru (tego już nie mogę obiecać, wszystko zależy od waszej wyobraźni). Do tego przegryzłam Kit Kat o smaku zielonej herbaty i wiecie, co wam powiem? W życiu nie jadłam pyszniejszego Kit Kata. Japończycy mają wyobraźnię, to trzeba im przyznać.

 

Żeby jednak nie było, że tylko mi jedzenie i picie mi w głowie, to kończę właśnie książkę “Człowiek o 24 twarzach” ale pozwólcie, że z recenzją i opinią wstrzymam się do czasu, aż przeczytam ostatnie słowo powyższej historii. Dla osób interesujących się psychologią lub psychiatrią postać Billy’ego jest raczej znana, ale reszcie mogła “umknąć”.

Jeżeli jesteście zainteresowani cyklem “japońskich opowiastek okiem gaijina” dajcie znać, jeśli nie, no cóż, moje serce krwawić nie będzie, obiecuję! Jest masa tematów a w szczególności książek, które niedługo doczekają się tutaj recenzji nie tylko z mojej strony, ale i samej właścicielki Antykwariatu i Księgarni Lumos, Marzeny! 🙂

Tak więc stay tune, jak to się mówi.

Jeżeli sami chcecie rozpocząć przygodę z językiem japońskim, możecie zaopatrzyć się w mini rozmówki. Może przydadzą się, kiedy wylecicie na wakacje do Japonii?

A tak na marginesie, wiedzieliście, że zwrot “póki co” jest rusycyzmem? No cóż, już wiem, dlaczego tak mi się zawsze podobał, w końcu brzmienie języka rosyjskiego jest dla mnie zdecydowanie najbardziej melodyjne i przyjemne. Lecąc klasykiem:
Przypadek? Nie sądzę!

 

Jeśli macie jakieś pomysły na wpisy, nie krępujcie się, tylko zasypujcie nas propozycjami tematów! 🙂